My, dwudziesto(kilku)latkowie „Generacji Z”

Dwadzieścia dwa. Tyle mam lat, choć wciąż zapominam, że przekroczyłam już magiczną granicę pomiędzy bycia nastolatką a bycia zwykłą latką. Należę do Generacji Z, pokolenia 22-22-22. Ostatnio nauczyłam się jeszcze nowego określenia: bananowe dzieci. Jak na przedstawiciela Generacji Z przystało, nie wiem nic o świecie rzeczywistym, poruszając się głównie po wirtualnych przestrzeniach. Chcę zbawiać świat, ale sama nie wiem od czego zacząć, więc popołudnia spędzam, patrząc w sufit i marząc o posiadaniu cech superbohatera. Walczę z dysonansem, bo tak naprawdę wygrywa we mnie egoizm i nie chcę wcale zbawiać świata, tylko zarabiać miliony, zbytnio się przy tym nie męcząc (wniosek: najchętniej przyjęłabym stanowisko kierownicze w dobrze prosperującej firmie i całe dnie spędzała na piciu kawy). Mogłabym tak wyliczać, ale to i tak bez sensu, bo chodzi o efekt końcowy. A w przypadku nas – ludzi urodzonych po 1990 roku – jest on katastrofalny. Jesteśmy przecież okrzyknięci jako pokolenie stracone.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo nie chciałam dorosnąć. Wszystkim imponował dowód osobisty, a ja zwyczajnie bałam się momentu wejścia w dorosłość. Od podejmowania poważnych decyzji wolałam szkolną beztroskę i problemy związane z wyborem koloru piórnika. W dzień osiągnięcia pełnoletności nakryłam głowę kołdrą. Ale wtedy okazało się, że dowód w portfelu nie ciąży aż tak bardzo, jak zawsze mi się wydawało i że wszystkie uprzedzenia tkwią tak naprawdę nie gdzie indziej, jak tylko w głowie. Odetchnęłam z ulgą. Po dwóch latach strach jednak wrócił. Nieproszony zapukał do drzwi w majowy poranek, gdy rozdzwoniły się telefony z życzeniami: Wszystkiego najlepszego, już nie-nastolatko! Skończyłam dwadzieścia lat. Teraz się zaczną prawdziwe problemy – mówili starsi, bardziej doświadczeni. Porażka wróżona na starcie.

Tak naprawdę nic się nie zmieniło. No dobra, trochę się zmieniło, ale tylko na lepsze. Żadnej katastrofy, żadnego końca świata, żadnej starości. W końcu prawdziwa młodość. Taka, podczas której spełnia się marzenia, dając sobie jednocześnie monopol na popełnianie głupstw. Pełna podróży i nowych znajomości. Niecierpliwa – to fakt – ale jednocześnie świadoma, że przecież jeszcze w zielone gramy (…), jeszcze się spełnią nasze piękne sny, marzenia, plany.

Może najważniejsze jest to, jakimi ludźmi się otaczasz. I jaki chcesz być. Czy naprawdę chcesz znaleźć pracę, czy wolisz powtarzać utarte slogany, że w dzisiejszych czasach nie ma pracy dla młodych ludzi. Czy coś robisz robisz przez okres studiów, czy tylko żyjesz od imprezy do imprezy, żeby potem w wieku dwudziestu pięciu lat dojść do wniosku, że utknąłeś w miejscu, które jest synonimem piekła. Czy masz plan na siebie, czy szukasz tego planu w katastrofalnych przepowiedniach dotyczących twojego pokolenia. I czy masz ludzi, z którymi możesz iść na kawę, spacer, wyruszyć w podróż, iść do kina, zagrać w badmintona, czy spotykasz się z nimi tylko po to, aby wysłać sobie na czacie kilka uwag dotyczących pogody.

Czy tak jak ja szukasz właśnie maszyny do pisania, bo pamiętasz, że jako dziecko uwielbiałeś pisać na niej listy do bliskich. I z przyjaciółmi planujesz kolejne podróże, przedsięwzięcia, projekty. Czasem trudno podjąć jakąś decyzję, często trzeba pomyśleć o priorytetach, ale… Jest cudnie. Przecież to dopiero życia – psiamać – przedpołudnie!

 

 

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany