Kraksy i niespodzianki – OFF 2016

Nad Katowicami zawisły czarne chmury. Off Festival w swojej jedenastoletniej karierze doczekał się najbardziej pechowej edycji. Pierwszego dnia spadł deszcz, który zmył ze sceny dwóch z trzech planowanych headlinerów.

Zaczęło się od The Kills. Zespół odwołał swój sobotni występ ze względu na chorobę Alisson Mosshart. W sztabie organizacyjnym Artura Rojka ogłoszono stan nadzwyczajny, by szybko zapewnić festiwalowiczom godne zastępstwo. Nie wiedzieli, że to dopiero początek czarnej serii, a do Doliny Trzech Stawów nie dotrą jeszcze Anohni i Wiley.

W sieci rozpoczęto wojnę o zwroty karnetów i zadośćuczynienie, a malkontenci w dobitny sposób wytykali Rojkowi i załodze niedociągnięcia organizacyjne. Co wyrozumialsi kolejne odwołania zaczęli obracać w żart.

Na Off Festival udałam się po raz pierwszy. Od znajomych i stałych bywalców słyszałam, że nie warto sugerować się line up-em, a po prostu wybrać się i chłonąć ze wszystkich scen to, co dają. Zaopatrzyłam się więc w karnet jeszcze długo przed ogłoszeniem pełnego programu, a kto gra, sprawdzałam na dzień przed rozpoczęciem imprezy. Pewnie z tego względu nie zabolał mnie brak headlinerów. W ostatecznym rozrachunku czas, który przeznaczyłabym na mniej i bardziej znanych wykonawców sceny głównej, spożytkowałam na odkrywanie nowego.

Piątek, 5.08

Wyposażona w turkusową opaskę i starter kit dzielnego festiwalowicza (peleryna, podkładka do siedzenia, żel antybakteryjny i latarka) ruszyłam w kierunku sceny Electronic Beats, na której przyszło mi spędzić najwięcej offowego czasu. Na pierwszy ogień poszedł Masecki i Sienkiewicz. Pierwszemu bliżej do klasyki, drugiemu do muzyki elektroniczno-eksperymentalnej. Fuzja komputerowych dżwięków i pianina sprawdziła się bardzo dobrze i zachęciła do kolejnych spotkań z duetem. Po szczodrze oklaskiwanym występie udałam się kilka kroków dalej, do namiotu Trójki, gdzie scena należała do brytyjskiej formacji Minor Victories. Przyznam szczerze, że mam problem z tego typu koncertami w atmosferze festiwalowej. I tak, jak elektronika zdecydowanie bardziej porywa grana live niż słuchana na płasko, tak zespoły indie, czy w góle te grające bardziej stonowaną alternatywę, mają znacznie mniejszą siłę przebicia. Być może w przypadku Minor Victories znacząca była kwestia nagłośnienia, które niefortunnie dla zespołu sprawiło, że dźwięki ich instrumentów zupełnie stopiły się w głośną i mało efektowną całość. Euforię wśród tłumu przywrócił angielski duet Sleaford Mods, któremu daleko do gentlemanów, a bliżej do stylistyki punków i hiphopowców z najciemniejszych angielskich ulic. Na scenie zaczęły rozbrzmiewać monologi – manifesty klasy robotniczej, wygłaszane twardym akcentem z Nothingam. Do dzisiaj nie wiem, jak sklasyfikować tę muzykę i czy faktycznie mi się ona podobała.

fot. materiały organizatora

W przeciwieństwie do Minor Victories, był to dla mnie eksperyment do przetrawienia wyłącznie na żywo. Pierwszego dnia wyczekiwałam dwóch koncertów – Brodki i Devendry Banharta. Szanuję ich oboje i często sięgam po Malę, Grandę i ostatnio Clashes. W przypadku Brodki byłam ciekawa, jak nowy materiał sprawdzi się na dużej scenie i jakie show zrobi Monika i jej zespół. Koncertom z trasy promującej Grandę towarzyszyła feeria barw, zabawa i młodzieńcza radość. Sakralne Clashes wprowadziło widownię w dużo bardziej stonowany, dojrzalszy świat wokalistki. Nie powiem, że podczas koncertu, nie wspominałam nostalgicznie tych z poprzedniej trasy i że nie chciało się, jak wtedy poderwać nóg do tańca, jestem jednak daleka od stwierdzenia, że był to występ rozczarowujący. Zespół zrobił spodziewane show, dzięki muzyce, światłom i cieniom, purpurze i bieli w ich szatach i kadzidełkom umieszczanym na główce gitary.

fot. materiały organizatora
fot. materiały organizatora

Szczególne ukłony należą się sekcji muzycznej, która poprowadziła to opowiadanie we właściwym kierunku. W przerwie między dwoma ważnymi dla mnie koncertami udałam się ostatni raz tego dnia w kierunku sceny Electronic Beats. Rzęsisty deszcz nie zmniejszył zapału do tańczenia do dźwięków znanego berlińskiej scenie techno Romana Flugela. Po serii angażujących koncertów doświadczyłam najpiękniejszej festiwalowej ciszy. Obawiałam się tego, jak subtelna i bardzo intymna muzyka Devendry Banharta sprawdzi się na głównej scenie, która zazwyczaj bywa bezlitosna dla tego typu wykonawców. Całe szczęście Devendrę i jego kolegów było słychać tak jak należy, cicho i kameralnie. W żadnym wypadku nie był to koncert stateczny i melancholijny, ale jakimś sposobem udało się na tej wielkiej scenie, w deszczu i zimnie, w otoczeniu sporego tłumu uzyskać klubową, zamkniętą atmosferę.

fot. materiały organizatora
fot. materiały organizatora

Sobota, 6.08

Nastąpił feralny dzień, kiedy to główną scenę Miasta Muzyki mieli roznieść The Kills. Rojekteam stanął na głowie i w zaledwie 48 godzin sprowadzili do Doliny Trzech Stawów mroczną koreańską grupę Jambinai. Ale po kolei. Kolejny offowy wieczór rozpoczęłam na egipskiej imprezie z zespołem Islam Chipsy. Dwie perkusje i syntezator – okazało się, że tyle wystarczy, by poruszyć cały tłum, by muzyka, której w normalnych warunkach trochę wstyd słuchać, okazała się strzałem w dziesiątkę.

fot. materiały organizatora
fot. materiały organizatora

Aby złapać trochę oddechu po tym zupełnie zaskakującym przeżyciu udałam się pod Scenę Miasta Muzyki, gdzie oczekiwano występu kultowego Lush. Muzyka angielskiej grupy okazała się zaledwie poprawna i odpowiednia do słuchania właśnie po to, by leżąc na trawie zaczerpnąć powietrza i zebrać siły na kolejny koncert. Nie zrozumcie mnie źle, dreampop jest ok i wierzę, że może zatrząść nawet dużą sceną, jednak zmęczony głos Emmy Anderson i bezbarwna gra jej kolegów wyglądały i brzmiały co najmniej groteskowo. Scenę po odgrzewanych kotletach przejęło wspomniane Jambinai, po którym nikt do końca nie wiedział, czego się spodziewać. Organizatorzy zapewniali, że po tym koncercie nie będzie można zasnąć spokojnie i tak rzeczywiście było. Z oszczędnych opisów i kilku na szybko przesłuchanych utworów na Youtubie odniosłam wrażenie, że czeka mnie widowiskowy mroczno – liryczny koncert. W ostateczności ciężkie brzmienie przeważyło nad liryczną stroną zespołu. Klasyczny skład – gitara elektryczna, bas, perkusja został wzbogacony o tradycyjne, koreańskie instrumenty. W jaśniejszych utworach doszukiwałam się podobieństw stylistycznych z Sigur Ros. W ostateczności Jambinai zaspokoił moją ciekawość na egzotyczne brzmienia, jednak gdybym miała możliwość ingerencji w setlistę, pozostawiłabym tylko te utwory, w których na pierwszy plan wysuwają się brzmienia azjatyckich instrumentów. Po raz kolejny tego dnia nie zawiodła scena Electronic Beats, na której pojawił się wyczekiwany przeze mnie GusGus. Electropop duetu z Rejkiaviku sprostał oczekiwaniom i porwał nogi i ręce do tańca. Bałabym przyznać się do tego śmiało, w towarzystwie licznych fanów duetu, ale łapałam się na myśleniu, że niektóre kawałki brzmiałyby lepiej instrumentalnie. Po 40 minutach koncertu, GusGus stracił na świeżości, a mi z każdym kolejnym utworem brakowało pierwotnego entuzjazmu.

fot. materiały organizatora

W międzyczasie Off ogarnęła informacja, że na zaplanowany na głównej scenie ostatni koncert nie dotrze Wiley, którego zastąpi na drugim tego dnia koncercie grupa Islam Chipsy. O tym, jak bardzo grupa spodobała się katowickiej publiczności może świadczyć fakt, że spotkałam się z samymi pozytywnymi reakcjami na wprowadzoną w programie zmianę. Ci, którzy o zespole mogli usłyszeć tylko z opowieści znajomych, którym udało się być na poprzednim koncercie, zacierali ręce z darowanej im okazji usłyszenia na żywo tego zjawiska. Druga grupa tych, którzy podobnie jak ja Islam Chipsy już słyszała i widziała szykowała nogi do tańca na egipskich poprawinach. Na początku na twarzach zespołu widać było wyraźną tremę i strach, czy sprostają oczekiwaniom i czy uda im się powtórzyć wcześniejszy sukces. Z czasem, w miarę jak publika podrywała się do tańca, niepokój ustąpił radości i wzruszeniu.

Niedziela, 7.08

Zgodnie z przyjętą już tradycją w trakcie tegorocznego Offa, dzień bez zmian w programie to dzień stracony. Thundercat złapał opóźnienie i wystąpił kilka godzin po planowanym koncercie. Nic nie zwiastowało jednak odołania koncertu oczekiwanej przez tłumy Anohni, która tego dnia była już w Katowicach. Choroba przedoffowa dopadła najwyraźniej nie tylko Alisson Mosheart, ale i niedzielną gwiazdę. Ostatniego dnia było mi już wszystko jedno, a doświadczona minionymi koncertami, wiedziałam, że z Anohni czy bez, to będzie dobre zakończenie Off Festivalu. Zamiast mocnego uderzenia dzień zaczęłam od najbardziej kameralnego i mistycznego koncertu tej edycji. Na Scenie Trójki pojawiła się polska, enigmatyczna formacja Księżyc. Grupa w latach 90-tych zyskała popularność łącząc muzyczną psychodelię z elementami słowiańskiej ludowości. Zabłysnęli, zaciekawili i zniknęli ze sceny na blisko 20 lat. W zeszłym roku powrócili z awangardową płytą Rabbit Eclipse. Na scenie pojawia się zespół, a w nim panie, które można by pomylić z przedstawicielkami koła gospodyń wiejskich. Nic nie zwiastowało przygody, jaka mnie czekała. Oszczędne w środkach show, bliskie zarówno spektaklowi jak i koncertowi było metafizycznym przeżyciem. Wciąż brakuje mi słów, by opisać to, co słyszałam i nie sądzę, bym z czasem je znalazła. Już w czasie koncertu nie wiedziałam co ze sobą zrobić, pozostało więc tylko zamknąć oczy i odpłynąć. Radzę odpalić kilka kawałków Księżyca, założyć słuchawki i zrobić podobnie. Zachwyca nawet w czterech ścianach. Tego dnia na scenie Electronic Beats elektronika występowała w bardziej lirycznym, romantycznym wydaniu. Na pierwszy ogień poszła grupa Pantha du Prince, formacja niemieckiego DJ’a wizjonera, amerykańskiego multiinstrumentalisty i norweskiego perkusisty. Muzycznemu minimalizmowi i tanecznym rytmom towarzyszyła podbijająca atmosferę oprawa sceniczna. Panowie zaczęli grać przyodziani w duże lustra przymocowane do głów, które odbijały padające na scenę światła.

fot. materiały organizatora
fot. materiały organizatora

Brzmi absurdalnie, robiło jednak duże wrażenie. Scenę po trio przejął bardzo podobny stylistycznie duet Kiasmos. W tej kwestii ciężko mi zachować obiektywizm, jako że Kiasmos od grudnia 2015 nie znika z mojej playlisty. Obawiałam się tylko tego, czy nie pójdą na łatwiznę i nie zaproponują tego samego co, swoją drogą bardzo udanego i tanecznego setu, co w ubiegłym roku na Tauronie. Całe szczęście w ich setliście znalazły się także nowe kawałki, a w rezultacie set był bardziej dance niż dream. Koncerty Kiasmos należą do tych, w trakcie których można skakać i tańczyć nie bacząc na to, co dookoła, bo nogi same niosą, a jednocześnie zatrzymać się na chwilę, zamknąć oczy i chłonąć krystaliczne, romantyczne techno prosto z Islandii. Pod koniec koncertu Olafur Arnalds zdradził, że gra ze złamanymi żebrami na skutek czego byli zmuszeni odwołać wszystkie koncerty z trasy. I asked my doctor, can I play Poland – przytoczył, co poskutkowało salwą braw i krzyków ze strony publiczności. W tych zachwytach było słychać nie tylko podziw i wdzięczność dla wytrwałości, ale i ulgę, że przynajmniej ten wyjątkowy koncert nie podzielił historii innych odwołanych.

fot. materiały organizatora
fot. materiały organizatora
Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany