A wszystko przez ten Snapchat…

Blisko dwa lata temu (lub trochę mniej; w szacowaniu czasu jestem niesamowicie kiepska), z ówczesną współlokatorką, przeżywałyśmy dziwny okres w naszym życiu. Polegał on na tym, że przy każdej możliwej okazji, z pomocą znanego niemal wszystkim Messengera, wysyłałyśmy sobie nawzajem zdjęcia. Nie były to fotografie wysokich lotów; powiedziałabym raczej, że ich poziom oscylował wokół gruntu. My z idiotycznymi minami. My jedzące obiad. My robiące cokolwiek w mieszkaniu, gdy ta druga była akurat poza domem. Jednym słowem, mnóstwo niepotrzebnego zapychania pamięci telefonu , które jednak sprawiało nam frajdę.

Po kilku tygodniach tej głupiutkiej zabawy usłyszałyśmy: A dlaczego wy właściwie nie założycie sobie Snapchata?

Ideę tej aplikacji najpewniej większość kojarzy: umożliwia ona wysyłanie zdjęć oraz filmików, które nie zapisują się w pamięci telefonu wysyłającego ani odbiorcy (chyba, że uda mu się zrobić screenshot, jednak nadawca jest wtedy o tym informowany). Czas wyświetlania zdjęcia można ustawić na maksymalnie dziesięć sekund; po tym czasie snap bezpowrotnie znika.

Początkowo byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Snapchat kojarzył mi się z osobami, które idąc na spotkanie ze znajomymi, większość czasu spędzają z nosem w telefonie, robiąc zdjęcia dosłownie wszystkiemu. A ja nie chciałam się tak zachowywać. Jednak dałam mu szansę i już po kilku dniach zgodnie z przyjaciółką stwierdziłyśmy: Snapchat to skuteczny rozbawiacz!

snapchat-graph

Faktycznie – Snapchat ma tyle różnych opcji, że nie da się z nim nudzić. Można zrobić sobie zdjęcie i pomalować każdego zęba na inny kolor. Można nakleić sobie czternaście naklejek na nos lub użyć filtru zniekształcającego twarz. A potem wysłać swoje dzieło kilku bliskim osobom, które je docenią. Wtedy jest śmiesznie.

Czasami jednak przestaje.

Z początkiem lata rozpoczął się sezon festiwalowy, także wielu moich znajomych często bywa na koncertach. Doskonale o tym wiem, bo nierzadko z takiego wydarzenia otrzymuję kilka minut filmików. Jasne – satysfakcjonującą czynnością jest pochwalenie się możliwością zobaczenia ulubionego artysty na żywo. Może równie ciekawe wydaje się nagrywanie snapów podczas takiej chwili. Lecz czy na pewno nie przyjemniej jest schować telefon głęboko do plecaka i oglądać występ na żywo, zamiast przez szklany ekran? Jeśli mam być szczera: późniejsze oglądanie piętnastu takich samych filmików, na których artysta na scenie daje z siebie wszystko, a snapchatowa jakość skutecznie to psuje, bo i tak nic z tego nie słychać, trochę mnie nudzi. Obstawiam zresztą, że nie tylko mnie.

W ostatnim czasie miałam okazję obejrzeć kilka takich koncertów. I chociaż z jednej strony mam serdecznie w nosie to, na co kto poświęca swój czas, zrobiło mi się trochę przykro. Zarówno kiedy pomyślałam o artystach, którzy starają  się na scenie po to, żeby publika nie skupiła się na nich tu i teraz, tylko nagrała filmik na później, jak i gdy postawiłam się na miejscu tych ludzi. Wydawać tyle pieniędzy po to, żeby obejrzeć koncert w telefonie? Czy nie łatwiej zrobić to po prostu w Internecie, nie wychodząc z domu?

A później pomyślałam, że może sama nie jestem święta. Przecież wyjechałam na tydzień w góry, żeby pochodzić po szlakach i odrobinę odpocząć od technologicznego życia, a tak naprawdę wieczorami siedzę z laptopem na kolanach, bo gonią mnie zobowiązania i w przeciągu tygodnia muszę oddać kilka tekstów. Bo sama sobie zrobiłam na złość i nie napisałam ich wcześniej – bo sesja, bo wyprowadzka, bo mniejsze wyjazdy w międzyczasie. A potem narzekam, że chciałabym odciąć się na chwilę od tej wszechobecnej technologii…

Nie chcę definitywnie stawać po stronie technologia jest be, bo sama często korzystam z jej dobrodziejstw , a Snapchat jest moim znajomym nie od dziś. Powiedziałabym nawet, że dobrym znajomym i ani trochę się tego nie wstydzę. Uważam jednak, że koncert czy teatr to miejsce, w którym warto zrobić sobie od niego przerwę. Szczególnie w wakacje!

Hej, brak snapów nie oznacza braku ciekawie spędzonego czasu! Może raczej sugeruje, że jest odwrotnie?

snap

Zapisz

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

1 Komentarz
  1. Coś w tym jest. Ostatnio byłam na koncercie Maroon 5. Chłopaki dawali z siebie wszystko na scenie, a spora część widowni i tak oglądała ich przez ekrany smartfonów. Dla mnie to byłby zmarnowany czas i pieniądze wyrzucone w błoto. Adele podobno na którymś koncercie zwróciła uwagę fanom, którzy cały czas ją filmowali. Uważam, że to zwykły brak szacunku dla artysty.
    Pojawiła się gdzieś nawet propozycja, żeby zakazać wnoszenia telefonów na salę koncertową. Myślę, że to głupie, bo ludzie i tak znajdą sposób, żeby przechytrzyć przepisy. Ale już np. obecność profesjalnego fotografa i dostęp do zdjęć po koncercie dla osób posiadających bilety jest wg mnie zdecydowanie lepszym rozwiązaniem i mogłaby przekonać część domorosłych kamerzystów i fotografów do schowania telefonów.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany