#Lajkujcie!

„Świat się zmienia, słońce zachodzi, a wódka się kończy” – teza nie do obalenia. Wszystko zmienia swoja branżę, aktualizuje się i odświeża. Nie ma w tym nic dziwnego i zaskakującego. Kiedyś był punk, kapele rockowe i ZHP, a dzisiaj jest Snapchat, bycie fit i gender. W 1919 – Mona Lisa z wąsami, w 2k16 – Mona Lisa z filtrem pieska.

Babcia zawsze mi powtarzała: „jedz póki gorące”. Teraz każdy pije letnią kawę, je zimnego naleśnika i na pół roztopionego loda. Tak, jak niegdyś była modlitwa przed jedzeniem, dziś – trzeba zrobić zdjęcie. Nie wystarczy jednak cyknąć byle fotę. Powstaje coraz więcej poradników „Jak robić zdjęcia na Instagram”, a robienie zdjęć do tejże aplikacji coraz częściej przypomina mini produkcję. To tylko kwestia czasu, kiedy na studiach powstaną nowe specjalności dla fotografów – fotografia Instagramowa.

Aktualnie najdroższym zdjęciem na świecie jest „Fantom” Petera Lika. Już niedługo może to być selfie fit modelki z Insta. No bo cóż? Dzisiaj świat liczy się „lajkami”. Już nawet Instagram to zauważył i zrobił stosowną aktualizację. Minęły już czasy scrollowania, by zobaczyć „co tam u znajomych słychać (może bardziej widać)”. Teraz najbardziej opłacalną pracą jest bycie blogerem. I nie ważne, czy prowadzisz vloga, bloga, Snapchata, czy Instagrama. Ważne, żeby obserwowało cię jak najwięcej osób. Tak właśnie wygląda dzisiejsza droga do sukcesu. A ludzie sukcesu? Są fit i mają iPhona.

Julia jest blogerką. Dziennie dodaje ok. 150 snapów. Snap śniadania, snap mejkapu, snap outfitu, snap w tramwaju, snap z zakupów, snap na kiblu, snap z siłowni, snap z imprezy. Z uśmiechem na twarzy obserwuję młodych ludzi chodzących po mieście z telefonem, nagrywających takowe snapy, i tylko czekam aż wejdą na pierwszą lepszą latarnię. Martwię się jednak o fotografów (z zawodu – należy to wyszczególnić), szczególnie tych robiących zdjęcia na imprezach z okazji osiemnastych urodzin. Bo, czy jest sens robić zdjęcia ludziom, którzy robią sobie zdjęcia… na Snapchata, oczywiście?

Pomijając jednak wszystkie hejty – świat stał się bezpieczniejszy. Psychofani mają ułatwione zadanie – nie muszą już fizycznie śledzić celebryty. Wystarczy, że wejdą w posiadanie stosownej aplikacji i mogą zajmować się tym samym, siedząc u siebie w domu na kanapie, ciesząc się dodatkowo (czego na żywo by nie mieli) pięknymi filtrami.

Jednak, gdy już się z tej kanapy ruszymy, w mieście można niekiedy dostrzec kruszące się murale sprzed kilkudziesięciu lat. Niemal codziennie mijam jeden z nich, przy ulicy Polaka we Wrocławiu, z dumnym, już ledwo widocznym napisem „TOTALIZATOR SPORTOWY”. Prawie każdego dnia mijam też jego młodszego kolegę, jeden z budynków kamienicy przy ulicy Piłsudskiego – wielki, kolorowy, ze snapkodem – bo to teraz standard.

Standardowo pojawiają się też wielkie bilbordy reklamowe. I chyba najczęściej reklamowane są fitness kluby. Nic dziwnego, skoro siłownie wyrastają jak grzyby po deszczu, właściwie jedna na drugiej (i też nic dziwnego, że wyrastają, skoro przychody polskich klubów fitness na koniec 2014 r. były szacowane na 3,6 mld zł). I o ile to mnie cieszy i napawa optymizmem (sport to przecież zdrowie), o tyle martwi mnie połączenie siłownia – Instagram. Siłownię odwiedzam od dwóch lat i przysięgam, nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby robić sobie zdjęcia podczas treningu, a co dopiero po. A może powinnam pokazać zapocony podkoszulek, rozczochrane, mokre włosy i czerwoną od wysiłku twarz. Zastanawia mnie tylko fakt – nigdy nie wyglądam jak 80% idealnych, suchych (!) „fitnesiar” na takich fotkach.

Podążając za wątkiem, że świat nam się zmienia – kiedyś była anoreksja, dzisiaj coraz częstszym schorzeniem jest fitoreksja. Nasze ciała muszą wyglądać idealnie, nasze talerze muszą wyglądać idealnie (najlepiej z wegańskimi, bezglutenowymi potrawami), nasze życie musi wyglądać idealnie. A ponieważ nic nie jest w rzeczywistości takie perfekcyjne, wszystkie portale społecznościowe, gdzie można się wykreować, stworzyć nowy, lepszy, umięśniony świat, nam to wynagradzają.

Inne rzeczy stają się dla nas ważne – niegdyś walka o lepsze jutro i Wałęsa, a teraz najbardziej nośnym newsem, jest ten o celebrycie, który pokazał na Snapchacie penisa (idealnie by było, gdyby był gejem). Więc co o nas napiszą za czterdzieści lat? Obawiam się, że niewiele. Przesyłamy dziennie pełno informacji o sobie, jak nigdy udostępniamy nasze życie. Wydawać by się mogło, że żadne pokolenie tyle po sobie nie zostawiło. Kiedyś, żeby dowiedzieć się czegoś o bohaterze z przeszłości trzeba było iść na cmentarz, do kościoła, przejrzeć księgi parafialne, kroniki szkolne, i dokumentację szpitalną, pytać ludzi, znaleźć i obejrzeć miejsce zamieszkania, pytać sąsiadów, czy coś wiedzą, przeszukiwać archiwalne dokumenty, szukać zdjęć i czytać listy. Dzisiaj, należy dogłębnie przejrzeć  Facebooka, obejrzeć wszystkie zdjęcia i hasztagi na Instagramie, przeczytać ze zrozumieniem całego Twittera i dotrzeć do My Story na Snapchacie.

Tylko, czy zdjęcia z Instagrama przetrwają tyle co te z Instamatica? Czy w ogóle ktoś będzie mógł coś o nas napisać za czterdzieści lat? Zdjęcia na Snapchacie przecież znikają. Może i my znikniemy razem z nimi? Czy pozostaną po nas tylko kruszące się murale ze snapkodami? „Coś się kończy. Czy ci się to podoba, czy nie, coś się kończy”.

 

Marzena Grzelak

Jest to zwycięski felieton konkursu Literackiej Aktywności Studenckiej, odbywający się na Uniwersytecie Wrocławskim.
Temat konkursu to: „Snap, Fit, Wege, Gender – co napiszą o nas za czterdzieści lat?”. 

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany