Młodzi ze Szkoły Filmowej w Łodzi

Fot. Petr Chodura, zdjęcie wykonane podczas spektaklu Maria Stuart

 

Z Mają Pankiewicz i Oskarem Stoczyńskim – studentami IV roku Wydziału Aktorskiego w Szkole Filmowej w Łodzi –  rozmawialiśmy jeszcze przed 34. Festiwalem Szkół Teatralnych. O studiach, spektaklach dyplomowych i o tym, jaka jest ich definicja aktorstwa.

 

fot. N.Ilnicka (źródło: strona Teatru Studyjnego)
fot. N.Ilnicka (źródło: strona Teatru Studyjnego)

 

Iga: Maja, mogłabyś opowiedzieć o momencie, w którym dostałaś się do Szkoły Filmowej?

Maja: Do Szkoły Filmowej dostałam się zaraz po maturze. Oczywiście fartem, bo – nie oszukujmy się – jest to loteria. Zdawałam w sumie do trzech szkół – do Warszawy, Krakowa (skąd pochodzę) i właśnie do Łodzi. Z Krakowem wiąże się nawet pewna historia. Byłam już po egzaminach w Łodzi, wiedziałam, że się dostałam, ale z grupą znajomych, z którymi jestem teraz na roku, zdecydowaliśmy, że pojedziemy jeszcze do Krakowa. Ostatni pociąg mieliśmy wieczorem, bo o poranku musieliśmy być już na egzaminach. Pobiegliśmy na dworzec, na peronie stały dwa pociągi, wsiedliśmy – jak się nam wtedy wydawało – do tego właściwego. W Pabianicach okazało się, że jedziemy w kierunku Sieradza. I tym sposobem byliśmy zmuszeni pojechać do Krakowa taksówką.

W stolicy wylądowałam pod kreską, bardzo czekałam aż mnie tam przyjmą, zależało mi na tej Warszawie, ale teraz cieszę się, że jestem tutaj. Przed dostaniem się do szkoły słyszy się zazwyczaj, że Akademia Teatralna jest najlepsza, bo jest blisko biznesu, blisko ważnych ludzi ze świata filmu i teatru. My mamy w tej kwestii trochę gorzej, musimy sami walczyć o to, żeby ktoś specjalnie przyjechał do Łodzi, żeby zobaczyć np. nasz spektakl dyplomowy.  Ale z drugiej strony – Szkoła Filmowa w Łodzi daje niezwykłe możliwości. Wydział aktorski ma coraz lepszy poziom, a dodatkowym atutem jest możliwość współpracowania z innymi wydziałami. Możemy robić wspólnie etiudy, filmy studenckie, mieć kontakt z reżyserami, operatorami, produkcją. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że te zajęcia z kamerą dały mi bardzo dużo.

 

Iga: Mogłabyś zdradzić jeszcze kilka szczegółów z egzaminów? Jak wyglądały?

Maja: Warto zauważyć, że wszystkie egzaminy różniły się od siebie. One oczywiście mają cechy wspólne, natomiast każda szkoła kładzie nacisk na coś innego. Tutaj, w Łodzi, oprócz sprawdzianu umiejętności aktorskich była także przeprowadzana rozmowa z opiekunem roku, na której pojawiały się pytania sprawdzające psychikę kandydata – czy ma silną osobowość, czy ma jakieś lęki. Tak zresztą było potem przez cały okres studiów – przyszli aktorzy wciąż przechodzą sprawdzian ich wytrzymałości. Na głównych egzaminach nie ma zbyt wiele czasu na zaprezentowanie siebie, pokazanie wszystkich swoich walorów, przekonanie do siebie komisji. Trzeba być pewnym siebie albo chociaż udawać, że jest się pewnym siebie. I trzeba umieć wykorzystywać swoje wady, słabości, bo na tym też polega ten zawód. Nie jesteśmy robotami, ludźmi idealnymi. Aktorstwo polega nie tylko na warsztacie, ale także na osobowości. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach bardzo się te osobowości docenia, że zmienia się pojmowanie aktorstwa. I zmienia się  – według mnie – na lepsze.

 

Iga: W Marii Stuart – spektaklu dyplomowym – grasz królową Elżbietę. W jaki sposób przydzielane są role w spektaklach dyplomowych?

Maja: Mieliśmy casting. Reżyser – Grzegorz Wiśniewski – przeegzaminował nas wszystkich. Pokazywaliśmy nasze ulubione sceny, które robiliśmy podczas studiów. Pamiętam, że razem z moimi dwiema koleżankami prezentowałyśmy Trzy siostry Czechowa. Potem reżyser wybrał obsadę i zaczęła się praca.

 

Iga: Lubisz ten spektakl?

Maja: Bardzo. To nie jest tak, że bije ze mnie teraz pycha, ale doskonale wiem, ile pracy zostało włożone w jego realizację, ile emocji, ile naszego poświęcenia. To jest najlepsze, co mogło nam się trafić – ten reżyser, taki materiał, taki skład.

 

Iga: O tym, jak wartościowy jest to spektakl świadczy także chociażby nagroda zdobyta przez Marysię Dębską (odtwórczynię tytułowej roli) na Międzynarodowym Festiwalu Szkół Teatralnych w Brnie.

Maja: Ten festiwal to było niesamowite przeżycie. Scena była dużo większa niż w Teatrze Studyjnym, publiczność przynajmniej trzy, cztery razy większa. Myślę, że te dwa spektakle , które tam zagraliśmy były naszymi najlepszymi spektaklami ze wszystkich ponad pięćdziesięciu, które udało nam się zagrać do tej pory. Byliśmy skoncentrowani, zespoliliśmy się ze sobą – niczym pracująca maszyna.

 

Iga: A gdzie czujesz się lepiej – przed kamerą czy na scenie?

Maja: Chyba jednak na scenie, przynajmniej na razie. Bez względu na to, co kto mówi, dla mnie są to dwa zupełnie inne formy przekazu. Zupełnie inaczej się gra, przekazuje emocje. Przed kamerą jest – moim zdaniem – większa przyjemność z pracy. Ma się świadomość, że zostaje to zarejestrowane, zostaje na dłużej, nie jest tylko ulotną chwilą. Nie trzeba nic nadgrywać, wysilać się fizycznie, wszystko jest subtelniejsze. No i praca na planie! To jest coś wyjątkowego. Ludzie, którzy są wokół… Ostatnio miałam okazję być asystentką reżyserki, mojej koleżanki, i muszę przyznać, że bycie po drugiej stronie, za kamerą, jest równie przyjemne.

 

Iga: Nadchodzi Festiwal Szkół Teatralnych w Łodzi. Jakieś marzenia z nim związane?

Maja: Wszyscy oczekują czegoś od tego festiwalu, budują wokół niego środowiskową presję. Ja tego tak nie czuję. Festiwal nie jest dla mnie ostatecznością, czymś co przesądzi o mojej przyszłości. Niewątpliwie jest to wielkie wydarzenie – spotykamy się ze studentami z innych szkół, zjawiają się interesujący ludzie, których można poznać, którzy mogą nas zauważyć. Dobrze, że ten festiwal jest, że odbywa się w Łodzi, ale nie ma też powodu, żeby ulegać jego presji, niepotrzebnie się stresować.

 

fot. N.Ilnicka (źródło: strona Teatru Studyjnego)
fot. N.Ilnicka (źródło: strona Teatru Studyjnego)

 

Iga: Zdradzisz jak zaczęła się Twoja przygoda z aktorstwem?

Oskar: Zanim dostałem się do Szkoły Filmowej, mieszkałem w Sosnowcu, moim rodzinnym mieście, gdzie trenowałem dwanaście lat piłkę nożną. W tzw. międzyczasie pojawiały się sygnały od nauczycieli, przyjaciół, że potrafię naśladować ludzi, jestem błyskotliwy, bystry. Niektórzy mówili, trochę z przyjacielskim przekąsem: „Ty to powinieneś do tej szkoły aktorskiej iść i zobaczyć, czy cię do niej przyjmą”. Do podjęcia tej decyzji nakłoniły mnie nauczycielki z technikum, które namawiały mnie, żebym poważnie zastanowił się na tym, czy nie chcę rzeczywiście spróbować swoich sił w aktorstwie. Początkowo złożyłem jednak dokumenty na AGH w Krakowie i Politechnikę Śląską w Gliwicach, zdecydowałem się ostatecznie na Gliwice, poszedłem na pierwszy wykład i o ile pamiętam nie zostałem na nim nawet do końca, wyszedłem w połowie. (śmiech)  A kilka dni wcześniej wpisałem w wyszukiwarce hasło „szkoły aktorskie”.

 

Iga: Ale słyszałeś wcześniej o Szkole Filmowej w Łodzi, prawda?

Oskar: Tak, ale była to jedyna szkoła aktorska, o której istnieniu wiedziałem. Nie miałem pojęcia, że w Warszawie jest Akademia Teatralna, że swoje szkoły aktorskie mają także Kraków i Wrocław. Wracając jednak do historii – po wpisaniu hasła „szkoły aktorskie”, wyskoczyła mi informacja o Krakowskim Studio Teatralnym Drama. Napisałem e-maila, że byłbym zainteresowany, zapytałem o koszty, wiedziałem od razu, że będę musiał znaleźć pracę, jeśli chcę się jakoś w tym Krakowie utrzymać. Zacząłem pracę w hotelu, co okazało się fantastycznym przeżyciem aktorskim, bo społeczność hotelowa – zarówna jeśli chodzi o obsługę, ale także gości – jest dość specyficzna, można podpatrzeć wiele interesujących zachowań ludzkich. W weekendy chodziłem do szkoły. I muszę przyznać, że już po pierwszych zajęciach tam, wiedziałem, że to jest to. To, co chcę robić w przyszłości. Przywitał mnie Juliusz Chrząstowski, którego uważam teraz za mojego oficjalnego ojca teatralnego, bo to właśnie on najbardziej zaraził mnie tym bakcylem. Początkowo byłem kompletnie zielony, nic nie wiedziałem o teatrze.

 

Iga: A potem przyszedł czas na egzaminy do Szkoły Filmowej…

Oskar: Tak, zdawałem jeszcze do Krakowa i Warszawy, gdzie doszedłem aż do finału. Szczerze mówiąc, nie chciałem dostać się tutaj, do Łodzi. Wychowałem się w postindustrialnym mieście i kiedy zjechałem do Krakowa, zobaczyłem zupełnie inne miejsce, z inną energią, z mniej sfrustrowanymi ludźmi. Puls Krakowa pochłonął mnie, chciałem tam zostać. Teraz już lubię Łódź, kojarzy mi się zresztą z Sosnowcem. I oczywiście jestem dumny, że studiuję właśnie tutaj, w tej szkole. A co do samego pytania o egzaminy… Bądźmy szczerzy – one są loterią, kwestią dyspozycji danego dnia i odporności psychicznej. Ja przez egzaminy schudłem dziewięć kilogramów.

 

Iga: Ale udało się, znalazłeś się w grupie szczęśliwców. Zaczęły się zajęcia i…

Oskar: I spotkania z profesorami. Moim opiekunem jest Waldemar Zawodziński, który absolutnie jest moim autorytetem. To on – wraz z innymi wykładowcami, m.in. Ewą Mirowską  – podarowali mi lekcję kultury bycia człowiekiem. Nawet nie aktorem, ale właśnie człowiekiem. Dla mnie aktorstwo jest byciem pochłoniętym drugą osobą. Musisz wyciągnąć z człowieka to, co najlepsze, ale też to, co najgorsze i uzewnętrznić to. Wciąż trzeba obserwować ludzi, analizować ich sposób postrzegania świata. Nie można też zapominać o systematyczności. Zawód aktora jest przecież zawodem praktycznym, trzeba grać, ciągle się rozwijać. Dodatkowym atutem Szkoły Filmowej są zajęcia filmowe, zajęcia z kamerą. Ja już na pierwszym roku zrobiłem około dwunastu etiud, w tym momencie mam ich na koncie około sześćdziesięciu. To naprawdę wielka lekcja, możliwość poznania ludzi z innych wydziałów, odkrycia z kim pracuje się dobrze, z kim gorzej.

 

Iga: Grasz w dwóch spektaklach dyplomowych – Iwonie, księżniczce Burgundzie i Laleczce. W którym gra Ci się lepiej?

Oskar: Nie mogę odpowiedzieć Ci na to pytanie. (śmiech) To są zupełnie inne gatunki, inny rodzaj pracy. Ale lubię grać w obydwu spektaklach, chociaż Laleczka jest dla mnie bardziej wymagająca fizycznie, kosztuje mnie więcej wysiłku.

 

Iga: Na koniec chciałam jeszcze zapytać o zbliżający się Festiwal Szkół Teatralnych. Jak nastawienie?

Oskar: Nie ma co ukrywać – trochę się tego boję. Nie chodzi oczywiście o nobilitacje i nagrody, ale chociażby o dobre słowo, o to, żeby ludzie zauważyli w nas potencjał. Chciałabym, żebyśmy my – studenci aktorstwa – nie spięli się za bardzo z powodu tego festiwalu. Żebyśmy potraktowali te spektakle jak normalne spektakle. Trzymam kciuki za siebie i za swoich kolegów, żebyśmy nie poszli w złą stronę. Nie spięli się.

 

 

Maja Pankiewicz zdobyła na 34. Festiwalu Szkół Teatralnych trzy nagrody: jedną z trzech głównych nagród aktorskich za rolę Elżbiety w spektaklu Maria Stuart, nagrodę im. Jana Machulskiego „Bądź orłem, nie zniżaj lotów” oraz Nagrodę Łódzkich Dziennikarzy.

Oskar Stoczyński zdobył na 34. Festiwalu Szkół Teatralnych wyróżnienie za role Archie’go Lee Meighan’a w spektaklu Laleczka i Walentego w spektaklu Iwona, Księżniczka Burgunda.

 

Życzymy dalszych sukcesów – nie zniżajcie lotów!

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany