Profil ekshibicjonisty

Mam wśród znajomych wielu ekshibicjonistów. O poranku zdjęcie z porannego joggingu. Najlepiej w nowych butach albo designerskiej bluzie. Potem śniadanie – jaglanka na wodzie, świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy i artykuł z gazety, za którą zapłaciło się dwadzieścia złotych po to, żeby była (bo przecież nie po to, żeby ją przeczytać). Koniecznie kilka fotografii z tragicznymi podpisami: „Jak ja źle dziś wyglądam…”, zmuszającymi do wywiązania się nieszczerego dialogu: „No co ty, jak zawsze piękna(y)!”. W między czasie kilka postów o tym, gdzie się idzie, z kim się rozmawiało. Najgorzej – fotografie łóżek, panującego w pokoju – trzeba użyć tego słowa – burdelu albo posty z dwoma nawiasami i gwiazdką (które mają przypominać znicz) dla kogoś bliskiego, kto zmarł chwilę temu, dosłownie przed momentem. Wieczorem zdjęcie z randki, zapewnienia o miłości dozgonnej. Innego wieczora – wylewane żale tuż po rozstaniu, przekleństwa, ośmieszanie. Przynajmniej raz na miesiąc zmieniany status związku.
Witamy w świecie samotności, lęków i depresji spowodowanej strachem przed wykluczeniem z internetowej społeczności.
Trudno nie ulec społecznościowemu ekshibicjonizmowi. Obnażają się przecież nie tylko zwykli ludzie, ale także artyści, politycy, sportowcy. Zauważyłam nawet zależność, że im wyżsi są rangą, tym chętniej dzielą się tym, co zjedli na śniadanie i gdzie pojechali na wakacje. Zastanawia mnie zawsze czy przyświeca im idea zbudowania silnych relacji z fanami, czy robią to bardziej dla siebie. Bo przecież dla internetowych ekshibicjonistów liczą się lajki, serduszka, udostępnienia i tysiące komentarzy. Przecież nie będziemy udawać, że inaczej jest z nami. Przecież każdy z nas nosi w sobie pragnienie całkowitego obnażenia przy równoczesnym uzyskaniu ogólnej aprobaty. Taka aprobata świadczyłaby o tym, że zostaliśmy zaakceptowani przez świat. A kto nie chce czuć się akceptowanym i lubianym?
Jakkolwiek prozaicznie to zabrzmi – nie żyjemy jednak w mydlanej bańce. Niestety w opozycji do ekshibicjonistów stoją oni – hejterzy. Niby nic ich nie interesuje, wszystko jest głupie i bez sensu, ale dodać niemiły komentarz nigdy nie zaszkodzi. O czymkolwiek by ekshibicjonista nie napisał, hejter to zhejtuje. Bo hejterzy są zupełnym przeciwieństwem ekshibicjonistów – nie jedzą fit-śniadań, nie podróżują na Kretę, nie chodzą na bankiety. Hejterom nic się w życiu nie udało. Prócz posiadania tej jednej umiejętności – tłamszenia innych.
Gdyby tylko można było nie popadać w skrajności. Nie zaśmiecać Facebooka codziennym wylewaniem żali, nie informować o każdym odbytym spacerze, nie chwalić się każdą zjedzoną kanapką i nie popadać w samozachwyt, dodając co kilka godzin rozmazane selfie. Nie być tak bardzo samotnym, by dla potwierdzenia swojej wartości, pragnąć setek polubieni i kilku nieszczerych komentarzy. Pozostawać na bieżąco z mediami społecznościowymi bez konieczności ich nadużywania, dzieląc się tylko tym, co naprawdę wartościowe i interesujące. Pozwalając sobie czasem na zdjęcie z głupią miną, szczegółową rozpiskę dnia, zabawną anegdotę, nie czyniąc tego jednak codziennym rytuałem.
I gdyby tak udało się zupełnie nie przejmować tym, co hejterzy powiedzą. I gdyby hejterów stać było na odrobinę obiektywności i eliminację nienawistnej zazdrości. Gdyby potrafili wykrzesać z siebie, choć odrobinę dobra.
Dziwny byłby wtedy ten internetowy świat.

 

Źródło grafiki: Facebook

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany