Szwedzka przystań „dzieciństwo”

dom
fot. nasza Doma (na podstawie ilustracji Hanny Czajkowskiej)

Czekałam na Wielkanoc z ogromną niecierpliwością. Nie byłam w domu od ponad miesiąca; tęskniłam za siostrą, rodzicami, psem. O niczym nie marzyłam tak, jak o beztroskim zaszyciu się pod kocem z książką. Zresztą, zabrałam ich z sobą niemało; kiedy jestem w Krakowie nieustannie brakuje mi czasu, więc z niecierpliwością odliczałam dni do świąt i literackiej uczty.

W domu skończyłam rozpoczętą dawno temu  książkę. Trochę smutną, bo wiele w niej było powiedziane o umieraniu i filozoficznych pytań o wszelaki sens. Rzadko miewam nastrój na nostalgiczne rozmyślania: lubią psuć humor i każą zadawać trudne pytania. Przypomniałam sobie za to, że gdzieś na domowej półce leży moja najukochańsza książka z dzieciństwa – Dzieci z Bullerbyn. Chciałam się przecież odstresować; idealny zbieg okoliczności!

Pamiętam czasy podstawówki. Migawka w głowie: jest deszczowy, wiosenny dzień. Wracam do domu jako pierwsza, rodzice są jeszcze w pracy, siostra w przedszkolu. W pokoju na kanapie leży góra poskładanej i przykrytej kocem pościeli; no tak, mama zakopała na dnie kaszę na obiad (czy ktokolwiek pamięta jeszcze ten sposób parzenia kaszy?). Nawet się cieszę, że jestem sama w domu – jak nigdy! Biorę Dzieci z Bullerbyn, kładę się na samym szczycie pościelowej góry i czytam o łowieniu raków nad jeziorem Cichym; to idealna przygoda na deszczową pogodę. Zatapiam się w lekturze całym sercem i wyobraźnią.
szeregDokładnie tak samo czytałam Dzieci w święta. Nie mogąc się oderwać, z głową pełną kolorowych obrazków. Zaciskając kciuki, gdy Lassego gonił zły baran Ulrik, irytując się razem z Lisą i Anną, kiedy po raz trzeci zapomniały kupić dobrze obsuszoną kiełbasę w Wielkiej Wsi. Widziałam w wyobraźni szczerbaty uśmiech małej Kerstin, słyszałam głos Dziadziusia i krzyczącego szewca Grzecznego. Rozumiałam doskonale Lisę, która podczas przyjęcia u cioci Jenny stwierdziła, że „dorośli są nudni, bo gdy kogoś odwiedzają, to tylko siedzą przy stole i ciągle jedzą”.

Dzisiaj Dzień Książki dla Dzieci, a ja nie wyobrażam sobie, żebym mogła napisać o innej lekturze. Dzieci z Bullerbyn to książka dla dzieci o dzieciach. Towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Przeczytałam ją – nie koloryzując – kilkanaście razy. I jeszcze się nią nie znudziłam.

Zastanawiałam się przez jakiś czas dlaczego tak jest. Wymyśliłam kilka teorii: może dlatego, że jest stara? Albo dlatego, że jest napisana prostym językiem? A może dlatego, że wszystkie przygody opisane w książce są ciekawe i oryginalne?

Olśniło mnie dopiero kilka dni temu: lektura po prostu pokazuje punkt widzenia dzieci udowadniając, że bycie dzieckiem jest niesamowite. Dzieci z Bullerbyn wcale nie spieszą się do dorosłości. Nie podoba im się chłodne i praktycznie spojrzenie na świat ani chodzenie po schodach zamiast po drzewach. Nie pragną dorosłych przywilejów – cieszą się tym, co jest i tym, co mają, chociaż wcale nie mają za wiele. Do szczęścia w zupełności wystarcza im stóg siana, który na potrzeby zabawy może stać się skalną grotą. Leśną polanę prędko potrafią zmienić w  przytulny pokój, a rozwalającą się stodołę z dziurawym dachem w zbójecką kryjówkę.

Dzieci z Bullerbyn potrafią czerpać maksimum radości z najprostszych rzeczy (nawet z tych nie zawsze do końca miłych). Według nich ze wszystkiego da się zrobić ciekawą zabawę. Co z tego, że droga ze szkoły do domu jest długa i prowadzi pod górkę, skoro zamiast szosą można iść po płocie i od razu robi się ciekawiej? (w końcu to, że można chodzić tylko po drodze na pewno wymyślił jakiś dorosły) Dla nich nawet plewienie może być interesującym zajęciem, o ile odpowiednio się je ubarwi – czasami wystarczy dzbanek  soku, który można sączyć przez źdźbła słomy.
wrak

W tym roku Dzieci z Bullerbyn kończą 69 lat. Ciekawa jestem ilu osobom przez ten czas dały lekcje. Ile osób dzięki tej książce rozwinęło skrzydła wyobraźni, nauczyło się prostej radości ze wszystkiego, co jest. Ilu czytelników przekonało się, że istnieje wiele sposobów na zabicie nudy i że wcale nie trzeba mieć wielkich możliwości, by przeżywać wielkie przygody.

Ciekawa jestem, ile osób sięgnęło po Dzieci z Bullerbyn w cięższych, smutnych bądź – paradoksalnie – nudnych chwilach.

W wieku niemal 22 lat wciąż postrzegam tę lekturę jako wzór; zarówno idealnej książki dla dzieci jak i udanego dzieciństwa. Wracam do niej często – kiedy mi źle, kiedy smutno, kiedy ci, których kocham są daleko, kiedy pogoda nie taka jak trzeba.

Pomaga zawsze.

 

 

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany