Bezimienni

Pisałam po nocach, pisałam w tramwajach (moich niezawodnych magnesach na wenę), pisałam w bibliotekach, pisałam w bufetach teatralnych. Nic to nie dało, bo i tak prędzej czy później wszystko lądowało w koszu. Tym systemowym, bo niestety na papierze piszę coraz rzadziej. Zrezygnowana usiadłam przed komputerem na granicy Niedzieli Wielkanocnej i lanego poniedziałku, po ósmej porcji sernika. Koło drugiej zasnęłam przed otwartym „dokumentem7”. Pustym.

Chciałam napisać na wiele tematów. O tym i o tamtym. A raczej o tym i o owym. I gdyby nie ta złośliwa, pojawiająca się, co chwilę w mojej głowie myśl: „Pamiętaj, że to pierwszy felieton – musi być ciekawy!”, napisałabym już tysiące słów, do których nie miałabym najmniejszych pretensji, że są nieudane. Gdyby…

W Poniedziałek Wielkanocny zachwycona słońcem i wiosną, po czwartej porcji szarlotki, wyszłam na spacer z dawnymi znajomymi. Jak jest z dawnymi znajomymi, każdy wie. Spotykamy się po kilku, czasem kilkunastu miesiącach i w ciągu godziny czy dwóch próbujemy nadrobić czas, w którym czasu dla siebie nie mieliśmy. Tego dnia byłam w centrum zainteresowania. „Iga, a ty co tam znowu kombinujesz? Jakaś strona, wywiady…” – zaczerwieniłam się, bo naprawdę nie lubię mówić o sobie. Pisać to co innego, ale mówić? Koszmar.

Musiałam się przemóc. Opowiedzieć banalnie brzmiące historie o chęci zbawiania świata i spełniania marzeń (które zresztą są prawdziwe). Wspomnieć o ludziach, których spotkałam na swojej drodze. O życiu wywróconym do góry nogami, ciągłych podróżach na trasie Łódź-Warszawa i rozmowach z artystami. Rzuciłam kilkoma nazwiskami. Z wypiekami na twarzy mówiłam o tych, z którymi chciałabym kiedyś porozmawiać i o tych, z którymi już się to udało. Na chwilę zapomniałam o tym strasznym pytaniu, od którego dostaję gęsiej skórki: „A w którym serialu on/ona zagrał(a)?”.

„Nie wiem”- odpowiadam najczęściej. Powtarzam nazwisko kilka razy. Mój rozmówca patrzy mi w oczy i dostrzegam w jego spojrzeniu nutkę irytacji. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Kapituluję. Idziemy dalej alejką w parku, ja już nieco wycofana, z tym paskudnym wrażeniem, że jesteśmy z innych światów.

Tak mi zawsze przykro, że ci najwięksi nie mają albo twarzy, albo nazwiska. Większość ludzi rozpoznałaby ich na ulicy, poprosiłaby o zdjęcie albo podpis na kartce wyrwanej z zeszytu. Uśmiechnęłaby się i życzyła miłego dnia. Albo minęłaby ich bez słowa, ale tuż za zakrętem wyciągnęłaby telefon z kieszeni i zadzwoniła do kogoś bliskiego. „Nie zgadniesz kogo widziałam!” – krzyknęłaby do słuchawki i nagle wstrzymałaby oddech, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak ta mijana przed chwilą osoba się nazywa. Może pobiegłaby za nią, prosząc o autograf, tylko po to, by móc odczytać jej podpis. Albo zaczęłaby wymieniać programy rozrywkowe, w jakich wzięła udział. Albo wzruszyłaby ramionami, uznając, że to nieistotna wiadomość – czyjeś nazwisko. Czyjeś nagrody. Czyjeś dokonania.

Genialni artyści zostają więc bezimienni. W biegu o sławę przegrywają z celebrytami pozującymi na ściankach, których nazwiska czerwonymi literami wypisane są w tytułach artykułów dotyczących największych wpadek modowych ostatniej gali. W imię tych genialnych artystów bez imienia postanowiłam napisać swój pierwszy felieton.

 

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

5 komentarzy
  1. ”Genialni artyści zostają więc bezimienni.” – uswiadamiajac sobie jak bardzo to zdanie jest prawdziwe zachcialo mi sie plakac… No naprawde :/ A co do tych spotkan z artystami mam dokladnie to samo co powyzej opisala Klaudia. Nikt nie zna, nikt nie slyszal, a ja kocham, podziwiam i dziekuje, ze istnieja, bo pewnie bez nich byloby mi o wiele ciezej na swiecie.

  2. Rozumiem Cię doskonale. Niejednokrotnie spotykałam się z podobną nieświadomością. Najgorsze jednak było to, że opowiadając znajomym o spotkaniu, które było moim największym marzeniem (z resztą zawsze jest, przy każdym kolejnym, nieprzerwanie), czułam, że on kompletnie nie pojmuje moich emocji I mojego świata. Mam wrażenie, że dziś żyje się od weekendu do weekendu. Żyje się, pije i zatraca sens życia, gubi pasje, talenty, to coś co zostało nam dane, żeby nas wzbogacić. Jedno jest pewne. Kultura do góry nogami jest po to, żeby bezimienni dotarli tam, gdzie to tylko możliwe. Powodzenia! 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany