Małe przyjemności, czyli kilka słów o grubasach z warszawskich murów

Please Add Photos
to your Gallery

Graffiti od zawsze wzbudza wiele kontrowersji i dzieli ludzi na dwa obozy. Jedni podciągają je do rangi street artu i traktują jako formę sztuki, inni natomiast – szczególnie to tworzone nielegalnie, bez odpowiednich zezwoleń – jako akt wandalizmu. Niezależnie od postawy społecznej, nie ulega wątpliwościom fakt, że elementy wizualne umieszczane na murach, mostach czy pociągach stały się nieodłączną częścią przestrzeni publicznej.Właściciele posesji starają się walczyć z plagą niechcianych malunków. Elewacje kamienic coraz częściej pokrywane zostają nanopowłoką, dzięki której do usunięcia graffiti potrzebny jest jedynie specjalny środek, ścierka i szczotka. Należy jednak zadać sobie pytanie, czy pozbywanie się śladów działalności grafficiarskiej jest rzeczywiście koniecznie. Próba prezentacji swoich emocji i wyrażenie ekspresji zawsze pozostanie sztuką, lecz nie można pozwolić, by przestrzeń publiczna stała się nośnikiem nienawiści. Warto więc znaleźć złoty środek między walką z niepożądanymi ilustracjami, a cichym przyzwoleniem na ich powstawanie.

Od pewnego czasu na warszawskich murach zaczęły pojawiać się urocze grubasy opatrzone podpisem „małeprzyjemności”. Ich pomysłodawca, który chciałby pozostać anonimowy, przyznaje, że nigdy nie miał problemu z policją i nigdy nie musiał uciekać przed patrolem, który parę razy zatrzymał się obok, podczas gdy ten malował. Kilkakrotnie musiał tłumaczyć ludziom co robi, lecz tylko raz czy dwa spotkał się z negatywnymi opiniami. Na szczęście nieprzychylnie nastawione osoby są w ogromnej mniejszości – prawda jest taka, że ludzi wiążących świat street artu ze światem graffiti jest niewielu. Jak sam mówi, to, że dostaje płatne zlecenia, a grubasy pojawiają się na ścianach w szkołach czy na blatach od deskorolek, nie stoi na przeszkodzie, aby malować je także koło liter na pociągach towarowych, o co często proszą go grafficiarze. Takie połączenie jest dla niego świeże i podoba mu się w swojej rzadko spotykanej formie.

Twórca projektu określa swoje prace jako dziecinne. Przyjemne dla oka postaci stanowią kontrast między sztuką uliczną, graffiti, nielegalnym malowaniem na elewacjach, skrzynkach czy kioskach a uroczą formą, przez co nie jest możliwie ich jednoznaczne określenie i kwalifikacja.

„Małeprzyjemności” nie są tylko nazwą, lecz przede wszystkim ideologią. Stanowią coś, co najlepiej określa zarówno proces twórczy, prace jako całość i każdą z osobna. Według autora to coś, co go nakręca i popycha do działania, a z drugiej strony sprawia tytułową przyjemność. Projekt powstał z miłości do sztuki dokładnie rok temu. Początkowo miał być skromnym pretekstem do realizacji takich pasji jak rysowanie, fotografowanie i montaż, jednak wysoka aktywność spowodowała, że „małeprzyjemności” zaznaczyły swoją obecność w wielu warszawskich zakamarkach. Grubasy stały się rozpoznawalne i często fotografowane.

Projekt podejmuje dialog nie tylko ze zwykłym przechodniem, który patrząc na malunek czerpie to, co zawarte jest w podpisie – chwilową, małą przyjemność dla oczu, po czym pędzi dalej, ale także z innymi grafficiarzami. Szczególnie tymi, którym bliżej jest do wyrazu niszczycielskiego buntu niż przejawów artystycznego indywidualizmu. Przykładem może być praca opatrzona podpisem „Ocieplanie wizerunku Krakowa”, która udowadnia, że nanopowłoka nie jest jedynym sposobem radzenia sobie z niepożądanymi bazgrołami. Można też spojrzeć na nie z dystansem, w sposób bardzo ironiczny.

Nie jest możliwe jednoznaczne rozpatrzenie, czy malunki w przestrzeni publicznej to sztuka czy już wandalizm. Jest to kwestia, na którą każdy musi spojrzeć z własnej perspektywy i ustosunkować się do tego, czy działalność grafficiarska dodaje charakteru otoczeniu czy wręcz odwrotnie – odbiera mu urok. Pewne jest natomiast, że coś, co podoba się ludziom nie powinno znikać pod farbą za stołeczne pieniądze. Jeśli chodzi o pomysłodawcę warszawskich grubasów, dla niego póki co, wciąż są to małe przyjemności. Dla oczu odbiorców także. I niech tak zostanie.

Zdjęcia: „małeprzyjemności” (więcej prac znajdziecie na Instagramie) i Kozelkowa

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany